Tomasz W. Opalenica | Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem... Humanizm, racjonalizm, ateizm, relatywizm!
Melancholijnie 2011-07-30

Przeczytałem list w gazecie od pewnego młodego człowieka, który, zamiast ruszyć na studia, rzucił się na różnorakie kursy, prawo jazdy, wózek widłowy itd. Zarabiał na to w międzyczasie pracując. Wszyscy go wyklinali, że nie poszedł od razu na studia. Teraz pracuje na bardzo dobrym stanowisku, zgarnia niezłą pensję i ma siły i możliwości studiowania filozofii dla siebie. Bez myślenia o tym czy znajdzie pracę. Zazdroszczę cholera i chyba zaczynam żałować, że nie zrobiłem podobnie. Teraz zastanawiam się coraz częściej co dalej. Co po studiach i co w trakcie. Jakby nie patrzeć te studia sprawiają mi radość, ale czy znajdę pracę jako nauczyciel j. ukraińskiego, gdzie takiego języka naucza się w dwóch szkołach w Polsce? <sic!> ... Liczę na rosyjski. Ale jeśli się przeliczę? Pójdę zrobić ten pieprzony kurs na wózek widłowy i będę nim gdzieś popieprzał po zakładzie przypominając sobie opowiadania Gogola czy fakty z historii Rosji. Bo niestety jeśli chodzi o poziom języka to pozostawia wiele do życzenia.


Zaś, żeby robić dodatkowe kursy i szkolić się w tym co się kocha, wyjeżdżać i uczyć się języka u źródła, potrzebne są pieniądze. Żeby mieć pieniądze trzeba mieć kwalifikacje, żeby je zarobić. Koło się zamyka. Spełniłem swoje marzenie dziennych studiów i teraz pokutuję.


Poza tym ten nastrój to chyba przez nieróbstwo (i 3 godziny snu). Pracy nie udało mi się w lipcu znaleźć, więc gniję tu i narzekam. Taki ja. Może w sierpniu...


Piosenka, której często słucham, kiedy się nie wyśpię lub czuję się zmęczony wszystkim. Towary zastępcze - 'Spać'. Utwór 'Pętla' również polecam przy okazji.





Dla nałogowych moli książkowych (2) 2011-07-28

SEKS jest BOSKI czyli EROTYKA KATOLIKA Ksawerego Knotza moja ocena 3/10


Zacznijmy od okładki. Przyciąga wielkimi literami SEKS. Wystające z łóżka nogi również rzucają się w oczy. Stwierdziłem, że poczytam sobie o tym co katolikowi wolno, a czego nie oraz jak to powinien robić, żeby bozia i ksiądz byli zadowoleni.... i trochę się zawiodłem.
Książka zbudowana jest na "dyskusji" Krystyny Strączek z ojcem Ksawerym. I byłby to świetny pomysł, gdyby nie to, że ta, która zadaje pytania we wszystkim się z księdzem zgadza. Równie dobrze mogłoby jej nie być.
Ale wróćmy najpierw do okładki i się z nią rozprawmy. Z tyłu książki mamy takie oto słowa:
"Nie zaniedbujcie seksu! - taką zachętę rzadko można usłyszeć od osoby duchownej. Tymczasem ojciec Ksawery Knotz nie tylko nie boi się zachęcać małżeństw do rozmowy na ten temat, ale też przekonuje, aby troszczyć się o seks i czerpać z niego przyjemność i poczucie więzi. Nie może być inaczej skoro orgazm to przedsionek nieba." Nieco dwuznaczne prawda? Spodziewacie się odpowiedzi na pytania typu: czy katolik może uprawiać seks analny, czy może w takiej czy innej pozycji? Do takiego myślenia skłania również początek książki, tekst pogrubiony:


"Przywołuję w prasie katolickiej doświadczenie pary małżonków. Pojawia się wzmianka, że współżyli na dywanie w dużym pokoju. Kiedyś znów opowiedziałem zabawną historyjkę, jak to pewna para w ramach gry wstępnej kąpała się w kisielu. I od razu problem, bo o tym mówić nie wypada!"
Rysuje nam się obraz księdza światłego, walczącego z zacofaniem, który zaraz nam tutaj przedstawi kamasutrę i pokaże jak wolno, a jak po bożemu nie jest. Ale zaręczam. Przywołany tekst jest najbardziej "pikantnym" i jedynym takim w całej książce. Większość książki to czcze gadanie zupełnie nie na temat, a reszta, jakieś 10 %, dotyczy antykoncepcji. Tego zła, szataństwa, które nie pozwala partnerom na poznanie swojego ciała i samych siebie. Antykoncepcja niszczy związki i doprowadza do rozwiązłości, a dowodem na to mają być relacje ludzi umieszczone gdzieniegdzie w tej książce:


"Bez strachu o ciążę cieszyliśmy się seksem. Było nam ze sobą cudownie. Wiedziałam, że wygrałam bitwę o swoje małżeństwo. Jakiś czas później mąż wyprowadził się z naszego mieszkania. W czasie rozprawy rozwodowej dowiedziałam się, że przez dwa lata prowadził podwójne życie. I że właśnie został ojcem." Dorota (47 lat, od 6 lat rozwódka)


Przytoczony jest również tekst, z którego można wywnioskować, że Mateusz zdradzał Annę, bo nie chodził z nią do kościoła. Przyczyną zdrady ma tu być nieuczęszczanie małżonka do kościoła. Gdy Anna dowiaduje się, że ten ją zdradza postanawia mu wybaczyć. Mateusz zaproponował wyjazd na wspólne rekolekcje dla małżeństw i Anna... przebaczyła mu. Teraz Mateusz bardzo się stara, ale ona ciągle pamięta... Czyli Mateusz nie chodząc do kościoła zrobił z siebie diabełka, a kiedy wrócił na jego łono, stał się nawróconym. Paranoja...


Reszta książki to gadanie o tym jak to było z Adamem i Ewą. Jak na siebie patrzyli kiedy nie było jeszcze grzechu i jak później (to cholerne jabłko!). O tym, że Adam, kiedy nie było Ewy nie był mężczyzną (wiąże się to niby z dwuznacznością słowa adam, które oznaczać miało również człowieka). O tym, że warto się wspólnie modlić (w łóżku też?), o tym, że Bóg jest w tej sferze bardzo ważny i że seks nie jest od religijności oderwany. O bezżenności księży (którzy zawierają taką intymną relację z Bogiem, że już z drugą osobą nie mogą )... Poruszany jest również temat tego jak będzie z naszą seksualnością w niebie, czy w ogóle będzie, czy będziemy nadzy, czy będzie się tam kochać i czy przetrwa tam instytucja małżeństwa. Jeżeli kogoś taka fantastyka interesuje to polecam, choć sam nie lubię, kiedy ludzie mieszają mrzonki z rzeczywistością.


Oczywiście seks przedmałżeński nie wchodzi w grę. Samo zło. Ksiądz przytacza przykłady tego jak to seks przedmałżeński, mający na celu poznanie partnera, niszczy związek. Małżeństwo i przysięga traktowane są jak coś nieskazitelnego, co od razu ochroni pary przed rozpadem związku. Bo przecież przyrzeka się przed Bogiem... Jakie to wszystko proste. Jacy ci ludzie głupi i grzeszni! Jak tak można?! I ogólnie olaboga... Książka nie ma nic wspólnego z rzeczywistością i jest wyrażeniem życzenia: świat powinien wyglądać tak i tak. Do tego gdyby tak wyglądał to byłoby idealnie. Gdyby zaś choć 0,5 % stosowało się do wszystkich zaleceń w tej książce to byłby spory sukces. Ale tak oczywiście nie jest...
Pięknym podsumowaniem tej myśli jest zdanie: "W związku niesakramentalnym słowo "miłość" nie oznacza czasem nic więcej poza zgodę na współżycie."


Dlaczego więc oceniłem tę książkę na 3, a nie na 1? Otóż pojawia się tam dosyć ciekawa krytyka samego Kościoła. Rzadko można spotkać się z tym, że ksiądz krytykuje Kościół. I mamy np krytykę tego, że bierzmuje się licealistów, bo ma się jeszcze nad nimi władzę. I wielu niedojrzałych katolików odbębnia po prostu ten sakrament. Tak samo z pewną tęsknotą ksiądz pisze o tym, że kiedyś chrzczono dorosłych ludzi, ale przed tym poddawano ich silnej i długiej ewangelizacji (praniu mózgów?). Ksiądz również mówi o tym, że rzeczywiście 90% katolików w Polsce to fikcja, ponieważ właśnie nagania się ich do kościoła, ale już nie rozmawia i nie ewangelizuje.


Najgłupsze zdanie w książce (trudno było wybrać): "Dopiero współżycie stwarza możliwość zdrady"
Odpowiedzmy sobie jeszcze na pytania na okładce:
"Czy katolik może to robić wyłącznie "pod kołderką i po ciemku"? - odpowiedź w książce jest raczej mętna.
"Czy antykoncepcja może być dobra?" NIE!!! Nie nie i nie. To zło, to szataństwo. No chyba, że do leczenia... ale poza tym Nieeee!
"Czy we współczesnym świecie coś nas jeszcze może przekonać do katolickiej wizji miłości i seksu?" A co to za wizja? Bo jakoś tak mętnie... Chyba, że ktoś uwierzy w takie czcze gadanie.
"I skąd ksiądz zna się tak dobrze na seksie?" Otóż nie zna się. Ani trochę. No bo niby skąd miałby się bezżenny ksiądz znać?... no może trochę się zna... przecież korzystał ze specjalistycznych poradników typu: Biblia oraz czytał porady tak znamienitych seksuologów jak JAN PAWEŁ II.


Tak podsumowując już zupełnie bez uszczypliwych komentarzy. Książka jest zwyczajnie nudna (choć przeczytałem całą z nadzieją, że jednak okładka nie kłamie), a wątki rozciągnięte do granic możliwości. Przeczytałem ją, żebyście Wy nie musieli...


I myślę, że pasujący do tej notki utwór utalentowanego polskiego zespołu metalcore'owego Frontside - nie ma we mnie Boga





Dla wszystkich potrafiących czytać 2011-07-25

I wykorzystujących to w praktyce (co niestety jest coraz rzadsze). Uwolniłem się od studiów na 3 miesiące i od razu napadłem na bibliotekę. A tak sobie obiecywałem naukę w wakacje (ech ta naiwność). Umieszczę tutaj krótkie recenzje książek, które czytam/czytałem, licząc, że ktoś się odwdzięczy również jakąś recenzją i poleci coś, co wg niego przypadło by mi do gustu. Ciekaw też jestem jak czytelnicy tego bloga ocenili te książki (o ile czytali).


Uczennica Maga Trudi Canavan Moja ocena: 6/10


Książka z gatunku fantastyki, w której to córka miejscowego uzdrowiciela (zafascynowana leczeniem) dowiaduje się w przedziwny sposób o tym, że ma magiczne zdolności. Później następuje jej udział (choć bardziej w roli obserwatora) w wielkich wydarzeniach. Zaletą książki jest to, że wciąga. Dobrze działa prowadzenie dwóch lub trzech wątków liniowo. Najpierw autorka rozwija jeden, doprowadza go do momentu przed punktem kulminacyjnym i zostawia. W tym momencie rozpoczyna kolejny wątek, co sprawia, że czytelnik nie może się doczekać powrotu do opuszczonego i zagłębia się jednocześnie w kolejnym.
Książka nie wymagająca myślenia (raczej w negatywnym sensie), gdyż intrygi i cały opisany świat mogły być dopracowane lepiej. W tym przypadku wadą jest również ilość stron. Zawiera ich 831 i mimo to czuje się niedosyt. Albo mniej wątków lepiej opracowanych, albo te, które są rozciągnięte na stron ok 1600. Byłoby optymalnie...
Jednak największą chyba wadą tej książki jest jej zakończenie. Niezwykle tendencyjne, słodkie, szczęśliwe i... nudne. Jednak myślę, że książkę warto przeczytać i nie zniechęca ona do przeczytania trylogii Czarnego Maga (Co uczynię niedługo), której to trylogii jest prequelem.


Wampir z M-3 Andrzeja Pilipiuka Moja ocena: 8.5/10


Już sama okładka mówi bardzo dużo o tej książce (i za samą okładkę plus). Historia toczy się w czasach PRL-u mniej więcej na początku lat 80tych, a głównymi bohaterami są wampiry (choć uświadczysz też np wilkołaka, czy ożywioną mumię) - normalnie żyjący i pracujący obywatele Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Może nie licząc czasu, od jakiego zajmują stanowiska. Książka również niedopracowana i niezbyt wymagająca, ale tutaj myślę, że to plus. Autor nie miał raczej zamiaru opisywać rzeczywistości, budować wspaniałych obrazów, a raczej zabawić czytelnika opisywaną historią. Wyszło mu to znakomicie.
Mamy np obraz partyjnych ateistów, którzy są zmuszeni posługiwać się krzyżem, żeby tylko uchronić się przed czymś, w co nie wierzą. Mamy również stado rozwścieczonych emerytów z pepeszami [LINK] (karabin maszynowy), wyszukane poczucie humoru oraz w paru momentach parodię Zmierzchu Meyer. Jednak trzeba cokolwiek wiedzieć na temat Zmierzchu, żeby móc wybuchnąć niekontrolowanym śmiechem.
Pozwolę sobie przytoczyć fragment (może kogoś to zachęci):
"-Coollenowie? - zaciekawiła się Gosia - Kto to?
- Zasrani rzeźnicy! - burkną Xawery - lepiej, żebyś nigdy ich nie spotkała. Wampiry sadyści! Wysysają nie ludzi, ale niewinne zwierzątka! Szczeniaczki, kotki, jagniątka, sarenki... A że krew zwierzęca ma kiepską kaloryczność, to kasują tych sarenek po kilka tygodniowo na głowę. Jak wymordują cały las, zmieniają stan, przenoszą się gdzie indziej i działają tak jak poprzednio, aż do kompletnego przetrzebienia zwierzyny. Ohydni kłusownicy!
Dziewczyna aż się wzdrygnęła, słysząc o takim bestialstwie.
-A najgorszy z nich jest Edward - dorzucił Marek z nienawiścią w głosie (...)" I najlepsze zostawię dla tych, którzy zechcą zajrzeć do książki. Polecam jednak obejrzenie najpierw chociażby jednej części filmu Zmierzch. Nawet tym, którzy za tym bublem (jak ja) nie przepadają. Sam miałem wątpliwą przyjemność oglądania tego badziewia, gdyż zostałem przekonany, że nieładnie to jest oceniać film, którego się nie oglądało (obejrzałem, ale ocena pozostała 1/10).
Języka autor używa przystępnego i potrafi nadać pewnym postaciom ich własny oryginalny. Za maleńką wadę można jedynie uznać zakończenie, które nie wydaje się nim być. Nie wyjaśnia za wiele i nie doprowadza do jakiegoś konkretnego końca. Ale być może taki był zamiar Pilipiuka i doczekamy się kolejnej, równie przyjemnej, powieści będącej kontynuacją losów Gosi i Warszawskich wampirów.
I na koniec jeszcze tekst z okładki:
"A więc twierdzicie, Obywatelu, że wampiry istnieją? Niby kraj socjalistyczny, ateizm w modzie, a tu taka wtopa. I jak tu się krzyżem odwijać? Jak wodą, tfu, święconą chlapać? A czosnek, tylko granulowany i z importu z bratniej Czechosłowacji" Polecam!


Za niedługo zrecenzuję chociażby książki Seks jest boski ojca Ksawerego Knotza, czy Imię róży Umberto Eco, które to książki aktualnie pochłaniam. Na koniec jeszcze The Doors (którzy są ze mną od wielu lat :) i the end





 


Woodstockowy rozkład jazdy 2011-07-21

Fundacja przoduje w statystykach zaufania. Kogoś to dziwi? http://www.wosp.org.pl/....y_najbardziej_ufaja_orkiestrze.html Mnie ani trochę. 3 lata już brałem udział w zbiórce. Serce rośnie, kiedy się uczestniczy w tym jednym dniu (choć czasem chciałbym zganić tych bardziej natrętnych wolontariuszy. Nie mówiąc już o zdarzających się złodziejach). Przystanek Woodstock ma być podziękowaniem dla wolontariuszy. Tak się przyjęło i ja z chęcią takie podziękowania przyjmuję. Wg mnie WOŚP i Woodstock to jedne z niewielu rzeczy w tym kraju, z których możemy być dumni. Obydwa przodują w różnych rankingach i sondażach.


To tak w ramach wstępu. A teraz mój rozkład jazdy. W nazwach odnośniki do utworów :)


Czwartek 4 sierpnia:
-Projekt Grechuta
-Drużyna trzeźwych hobbitów (mała scena)
-The Ukrainian folk (Mała scena)
-H-blockx


Piątek:
-Świnka Halinka (mała scena)
-apteka
-Kontrust
-Zmaza (Scena Hare Kryszna)
-Projekt Republika


Sobota:
-Arka Noego *
-Enej
-Farben Lehre (scena Hare Kryszna)
-Łąki Łan


Poza tym na Akademii Sztuk Przepięknych pewnie będę na spotkaniu z Markiem Koterskim i Wojciechem Mannem. Ale tak szczerze cudem będzie jak dotrę na to wszystko. *- Na  arkę wybieram się, bo ponoć ma być ściana śmierci :) Muszę to zobaczyć. Jako, że muzyki tu aż nadto, podaruję sobie wstawianie teledysku.


Boromir Blues czyli Drużyna Trzeźwych Hobbitów 2011-07-21

Zbliża się Woodstock i ja niczym zwierzątka na Boże Narodzenie przemówię innym nieco głosem. Bez polityki, religii i innych pierdół. Przystanek Woodstock jest jakoś tak od tego wolny (choć oczywiście religia i polityka tam są). Wolny w tym sensie, że wszelkie reguły współżycia zmieniają się diametralnie właśnie tam. Nikomu nie jest głupio przywitać się z nieznajomym, pomóc czy po prostu być sobą. Takiego skupienia tolerancji i akceptacji, przyjaźni i rock and rolla nie widziałem w Polsce nigdzie indziej.


Ale do sedna. Drużyna Trzeźwych Hobbitów zagra tam na małej scenie (i plułbym sobie w brodę gdybym poznał ich później). Jest to obowiązkowy kąsek dla każdego fana Tolkiena, ale też muzyki zbliżonej do gotyckiej, o podniosłym tonie. Jednak grupa nie daje się zaszufladkować, gdyż nie brak również zabawnych i skocznych tekstów.


Jeden z utworów dostępnych na youtube:





I fragmenty tych zabawnych i komicznych:
http://drogowit.wrzuta.pl/audio/43fZr3DcoQq/zale_grimy_-_druzyna_trzezwych_hobbitow


http://drogowit.wrzuta.pl/audio/4etFwDBNOEy/boromir_blues_-_druzyna_trzezwych_hobbitow


Jeśli kogoś urzeknie tak samo jak mnie to mogę się oczywiście podzielić innymi utworami :)


Ladies and Gentlemen Andrew Goooolootaa! :)





Lista blogów 2011-07-20

Przeglądam sobie blogi, które mógłbym polecić. I szukam i szukam i znaleźć nie mogę. ... Choć z pewno dozą ostrożności mógłbym polecić:


http://www.lidia.e-blogi.pl/


http://www.jacqueline.e-blogi.pl/


http://www.dia.e-blogi.pl/


http://wave20.e-blogi.pl/


http://www.odkrywca.e-blogi.pl/ Chociaż go dawno w świecie nie widzieli...


http://www.xyz.e-blogi.pl/


Wszystkie te blogi w jakiś sposób spełniają zasadę wyrażoną w tym spocie:





Blogi, których nie poleciłbym za nic to blogi z durnymi wierszykami pisanymi wielkimi, oczojebnymi, kolorowymi literkami (przerost formy) lub właśnie takie, w których brak polskich znaków czy masa rażących błędów. Blogi z kółkami wzajemnej adoracji i słitaśnymi komentarzami. Blogi-nic. No i warto jeszcze wspomnieć np o blogach przedstawiających kult np Justina Biebera (Who the fuck is Justin Bieber? :)


A to te parę z wielu, które najbardziej rzucają się w oczy i irytują:


http://www.camilla.e-blogi.pl/


http://www.kondziowaaaxd.e-blogi.pl/


http://www.justinbieber.e-blogi.pl/


http://www.justinkowaa.e-blogi.pl/


I może to wystarczy, bo jeszcze później będę się bał wyjść na ulicę. Wchodzicie na własną odpowiedzialność. I może dla tych, którzy pisać nie potrafią jeszcze jeden mały odcinek:





 


I na koniec piosenka mojego przyjaciela. Mimo, że nie przepadam, jako "wściekły metaluch" (to oczywiście hiperbola, bo i metalu niewiele słucham ostatnio) , za tego typu muzyką to tekst jest ujmujący:





Sterczy ze mnie sałata... 2011-07-20

I musztarda cieknie. I tak chyba ze wszystkich. Cieknie konformizm i powtarzalność. Bo nie ma już prawie nic nowego i wszystko się powtarza.


Świetliki





Bieszczadzkie demony 2011-07-19

Wyjeżdżając z Wielkopolski w Bieszczady, myślałem, że opuszczam miejsce klerykalne i zaściankowe. Po powrocie uznałem jednak Wielkopolskę za region światły w porównaniu do tego co zobaczyłem w maleńkich bieszczadzkich wsiach. Tylko oczy coraz szerzej mi się otwierały. Jakbym nie był w Polsce.
Oczywiście w Polsce przydrożne Maryjki, krzyże i Jezuski to nic nadzwyczajnego, ale takiego natężenia jeszcze nie widziałem. Co kawałek można było zobaczyć Maryjki wszelakiej maści i rodzaju. Ja wyróżniłem: ogrodowe, nadrzewne, z koroną, z dzieciątkiem, duże i małe, z domkiem i zadaszone, na piedestale oraz te umieszczone pod dachem domów. Największe jednak wrażenie zrobiły na mnie Maryjki face to face (zwrócone do siebie twarzą przy jednym (!) skrzyżowaniu) oraz te przypominające krasnale ogrodowe, o tych samych kształtach i kolorach, jakby wyszły z masowej produkcji od jednego producenta. W takich chwilach człowiek się zastanawia o co tu chodzi. O pokazanie innym swojej religijności? O modę? O konkurencję (kto postawi większą i lepszą)?
Uwierzcie mi, że nie zrobiłyby na mnie wrażenia te krzyże, Jezuski, Maryjki i inne monumentalne pomniki (np papieża) gdyby nie to, że Bieszczady to biedny region i gminy mogłyby przeznaczać pieniądze na różne inne cele. Chociażby na rozwój zamierającej turystyki. Te wszystkie pomniki kultu widocznie nie spełniają swojego zadania, bo drogi nadal są w wielu miejscach dziurawe, domy popadają w ruinę, infrastruktura i szlaki turystyczne są zaniedbanie, a poza będącymi w mniejszości bogatymi przedsiębiorstwami agroturystycznymi praktycznie nie ma miejsc pracy.
Chyba, że chodzi o coś innego i o inne rzeczy modlą się tamtejsi ludzie. Bo jednak liczne kościoły są ciągle remontowane (ale przeważnie tylko te katolickie) i widać, że tamtejszemu klerowi dobrze się wiedzie. Może to najpierw o nowy kościół modlili się ludzie, kiedy 100 metrów dalej znajdował się most-ruina z jednostronnym ruchem i gnijącymi deskami, mówiący sobą: zawalę się jak czegoś ze mną nie zrobicie.
Jednak pomimo to region ten nadal jest godny zwiedzenia, gdyż mało jest tam taniej tandety, a wiele terenów pięknych i naturalnych. Widoki robią wrażenie... i tylko czasami można się natknąć na jakąś minę przeciwpancerną.
Po stronie słowackiej wszystko jest jak należy. Są nawet małe źródełka, z drewnianymi daszkami, z których można się napić. W Polsce tego brak, choć nie brak wrażeń i każdy rozsądnie myślący człowiek przeraża się na widok metalowego krzyża na szczycie mającym 1222 metry (Smerek - polecam przy okazji). Na innym szczycie jakiś krzyż przyniesiony w hołdzie papieżowi (ciekawe co by było gdyby ateiści wnieśli sobie swój symbol?), czy też na szlaku miejsce upamiętniające katastrofę smoleńską.
Dla każdego ateisty i humanisty będzie to podróż, w której cofnie się w czasie, zobaczy zaściankowość sprzed wielu lat (tam nadal żywą), czasem się przerazi, czasem zaśmieje ale przede wszystkim zachwyci obrazami nieoszpeconej jeszcze przyrody.


Tu most o którym mowa: http://ifo....._hshxqes.JPG/


A tu wspomniana studzienkahttp://fot.....-07/0e1be31c.jpg


Rzucajcie gromami w brzydkiego ateistę, a on postraszy was takim oto znaleziskiem:
Mina


I na koniec, jako, że zbliża się Woodstock, wstawię taką oto piosenkę Kontrust:





Masturbujesz się? Marny Twój los 2011-07-08

Wy wszyscy, którzy to robicie, wpędzeni w nałóg, nie zdziwcie się, kiedy wszystko zacznie was boleć, będziecie mieli problemy z żołądkiem i wydalaniem oraz, że umrzecie młodo...


Doktor J.L. Doussin-Dubreuila wydał w 1825 roku książkę przestrzegającą przed masturbacją, mającą ukazywać zgubne skutki onanizmu oraz zawierającą relacje, ponoć autentyczne, ludzi, których ręka swędziała. "Oko błędne, przyćmione, słabe i często zaczerwienione; twarz pożółkła i wychudzona; trawienie trudne, kał nieczęsty, uryna zgęstniała, najczęściej smrodliwa; skłonność do rzygania częsta, a rzygi tłuste; wielka słabość nerek oraz nóg, trzęsionka nieustająca..."... W ramach dygresji. Aż mi się scena z dnia świra przypomniała:





A oto kilka relacji:


"Kiedy liczyłem prawie 17 lat, pewien rozpustnik, ułożywszy się ze mną, nauczył mnie przeklętego ruchadełka, które uprawiam jak tylko mogę najczęściej. Zaledwie 17 lat rozpocząwszy, zachorowałem - od zmroku do świtu ruszać się nie mogłem. Przez miesiąc zostawałem w takim położeniu, później sił nieco odzyskałem, mogłem chodzić z trudnością, na kiju się wspierając, często upadałem, bo nogi mi nie służyły i uginały się kolana."


"W wieku lat 15 oddano mnie na pensję, bym uczęszczał do gimnazjum. Wedle zwyczaju przydzielono mi kamrata do łóżka. On zapoznał mnie z tym, o czym wolałbym nie wiedzieć przez całe moje życie. Oddawać się począłem masturbacji, niczego nie wiedząc o jej skutkach. Po roku zapadłem na chorobę, której przyczyn nikt dociec nie potrafił. Wstawałem wszelako z łóżka, ale życie moje zmieniło się w pasmo cierpień. Leżę ciągle albo w łóżku, albo na kanapie i bóle odczuwane we wszystkich mych członkach z piersi wyrywają mi jęki tak przeraźliwe, że całe otoczenie drży. Wychudłem tak przeraźliwie, że wszystkie me kości policzyć łacno, ledwo co postać ludzką przypominam."


"Padłem ofiarą występków, którym młodzieńcy zwykli się oddawać. Każda polucja sprawia, że słabnę, a siły wracają w miarę i stosownie do długości spoczynku. Oczy mam zapluszczone, dłużej nie mogę ani czytać, ani pisać, szczególnie po polucji. Pamięć utraciłem. Po oddaniu moczu muszę się zawsze umyć w zimnej wodzie, bo inaczej jeśli się schylę lub jeśli chodzę, uryna cieknie nadal. Żołądek dokucza mi najbardziej, niczego wydalić nie mogę, nawet szklanki wody. Nawet po 5 minutach chodzenia łapie mnie kolka i natychmiast zatrzymać się muszę.
Ten młodzieniec - dopowiada autor - walcząc z grzechem, zdecydował się wszystkie noce spędzać w krześle na siedząco, z obrożą na szyi i rękoma przywiązanymi do poręczy. Po roku nieszczęsny na tyle uwierzył w swoje siły, że wrócił do spania w łóżku. "Znaleziono go rankiem w stanie wycieńczenia. Wyznał, że nie mógł oprzeć się masturbacyjnej pokusie". Dwa dni później... umarł."[za artykułem Justyny Cieślak z Faktów i mitów]


Ale młody mężczyzno/ młoda kobieto. Jest jeszcze dla was szansa. W walce z nałogiem pomogą wam: "kąpiele w zimnej wodzie, lekkostrawna dieta i codzienne ćwiczenia fizyczne." Na problemy z jelitami częsta lewatywa i środki przeczyszczające. A poza tym wszyscy zdrowi...


Gdyby pomyśleć na poważnie (przy takiej dawce zabawnych bzdur) można by dojść do wniosku, że światopogląd często skrzywia rzeczywistość. Starano się na siłę szukać argumentów dla z góry założonej teorii. Warto też przypomnieć sobie kto do dzisiaj robi z masturbacji szataństwo. Lecz, kiedy nauka wyzwala się spod panowania jedynego właściwego światopoglądu, naukowcy mogą dojść do wręcz przeciwnych wniosków. Ot chociażby takiego, że częsta masturbacja zmniejsza szanse na raka prostaty:


http://forum.gazeta.pl/.......zwalcza_raka_prostaty_Na_serio_.html?v=2


http://www.sfd.pl/chcesz_uniknac_prostaty_onanizuj_sie_%3AD-t263186.html


Więc bez stresu. Te wszystkie pierdoły na temat wielkiego spustoszenia jakie czyni masturbacja w ciele czy umyśle to tylko gadanie idiotów (którym zapewne nadmiar nasienia uderzył do głowy <sic!>).


No i na koniec, żeby pozostało na wesoło Myslovitz i bunt szesnastolatki. Można tego słuchać kilka razy pod rząd i ciągle śpiewać: "Jeśli mnie nie chcesz ja ci pokażę jestem jedyną na tym obszarze!" :)





Od siebie, o sobie, dla siebie 2011-07-06

Może rzeczywiście za dużo polityki i religii. Może znowu trzeba napisać trochę bardziej od siebie i o sobie. Więc może napiszę, choć nie wiem.


Szczęśliwy jestem jak nigdy, chociaż jak zawsze czegoś brakuje. Tylko nie tyczy się to już najważniejszego dla mnie - miłości. W tym spełniłem się jak cholera i jeszcze trochę. To temat zamknięty (i może dlatego już tak mało "wierszy" piszę). Ale w tym małym zacietrzewionym kraiku trudno być w pełni szczęśliwym, kiedy naczelną wartością nie są pieniądze i to nie do nich się najbardziej dąży. Polska nie daje mi zbyt wiele, więc po jaką cholerę mam udawać, że jestem patriotą? Miłość do ojczyzny, bo to ojczyzna? To tak samo głupie jak miłość do ojca tylko dlatego, że jest ojcem (choć pije, bije, lub wcale go nie ma). Takie jest moje zdanie. NIC się nie należy z urzędu. Kiedy słyszę zdanie typu: "ale to Twoja matka, więc odnoś się do niej z szacunkiem" to mnie po prostu "męski narząd płciowy" strzela. Na szacunek trzeba sobie zasłużyć.


Czasami, co jakiś czas, ktoś mi zarzuca, że lepszy jestem dla nieznajomych, niż dla bliskich. Może to mój mały problem. Trzeba mieć wiele nerwów, żeby zbliżyć się do mnie na wyciągnięcie ręki. Chyba tak. Ale jednak się staram... Tak sądzę.


I czerpię jakąś masochistyczną przyjemność z oddawania krwi... Przez krótki czas po tym czuję, że pomogłem i jestem z siebie zadowolony. Nie robiłem tego jeszcze, ale chyba wstawię zdjęcie. Dosyć stare, więc może nikt mnie nie pozna, a zachęci to kogoś do oddania.


krew


Żeby nikt się nie przeraził. To nie jest akurat oddawanie krwi pełnej, tylko płytek co trwa 2 godziny. Oddawanie krwi jest praktycznie bezbolesne i zajmuje jakieś 10 minut. :)


Irytuje mnie trochę, że w tym kraju praktycznie nie ma perspektyw dla ludzi, którzy chcą robić to co kochają. Odżałowałem sobie filozofię i poszedłem na filologię rosyjsko-ukraińską. I mimo to, że jestem dumny ze studiowania na UAM to praktycznie nie mam na to studiowanie pieniędzy i nie wiem czy będę je mieć po studiowaniu. Marzyło mi się, że zostanę nauczycielem i zostanę (tylko czy aby nie bezrobotnym?). Języka ukraińskiego się w Polsce praktycznie nie uczy (na praktyki będę jeździć 200 km), więc się nie łudzę, a rosyjski... niby wraca do łask, ale jednak trudno pracę znaleźć. Cóż, najwyżej będę kolejnym magistrem pracującym w jakiejś biedronce. Nie nastraja mnie to pozytywnie. I chyba najbardziej przeraża.


Trochę za często się denerwuję i załamuję. Taki ze mnie depresyjny typ. I choć stres może być korzystny (sesja zdana ładnie), to jednak nerwy przydałyby się mocniejsze. Później się żałuje... To chyba zbyt duże ciśnienie w żyłach (znów trzeba się wykrwawić).
Jednak chyba sam siebie oceniam delikatnie na plus. Tkwię sobie w swoim świecie, zaczytuję w fantastyce i mimo wszystko staram się mieć ten popieprzony kraj w dupie. I z płaskiej jak deska Wielkopolski pojadę sobie na tydzień w Bieszczady od soboty... A tymczasem trzeba pójść do biblioteki, wypożyczyć coś i się zaczytać.


I długo na koniec się zastanawiałem jaką piosenkę wstawić. Bruno schulz... Nic nie może nas zatrzymać...





Przewodnik katolicki - każdemu ateiście polecam 2011-07-05

Owszem, może to być dziwne, że dotarł do mnie ten tygodnik, ale nie żałuję, bo to jak widzą niektóre sprawy ludzie wierzący jest bardzo ciekawe. W ogóle bym się nie spodziewał. Otóż nawet w takim piśmie człowiek popierający świeckość państwa może znaleźć coś pokrzepiającego. Temat numeru (19.06.2011) to "Chrześcijanie w unii". To co katolicy w Polsce uważają za oburzające, staje się normą w większej części Europy i może zwiastować nadejście lepszych czasów... świeckich czasów. Parę fragmentów:


"Shirley Chaplin, 54-letnia pielęgniarka z Exeter w hrabstwie Devon, postawiona w 2009 r. przed sądem dyscyplinarnym za noszenie na szyi krzyżyka w pracy. Oskarżono ją o złamanie regulaminu zakazującego noszenie jakichkolwiek "naszyjników" przez pielęgniarki mające styczność z pacjentami." Dalej mamy wypowiedź pielęgniarki, że nikomu to nie przeszkadzało, ale nie mogła ona pojąć już tego, że "noszenie naszyjnika połączone jest z niewielkim wprawdzie, niemniej realnym ryzykiem, że w przypadkach klinicznych pacjenci, zwłaszcza jeśli są oszołomieni, chwytają się czasem przedmiotów pod wpływem silnej emocji" albo, że "może się on stać "siedliskiem infekcji"". Ma to być jeden z dowodów na dyskryminację chrześcijan. Popatrzmy dalej...


"nauczyciel historii z miejscowości Les Iscles we Francji, dyscyplinarnie zwolniony z pracy, pozbawiony prawa do odprawy i prawa do zasiłku. Powód? W listopadzie ub. r. zaprezentował uczniom szkoły średniej w wieku od 15 do 16 lat zdjęcia i film dokumentujące aborcję. "To co się stało, jest niedopuszczalne. Nauczyciele są zobowiązani do poszanowania neutralności i szacunku dla jednostki" - grzmiał francuski minister edukacji Luc Chatel" I znów apel o to aby w szkole nie uczyć światopoglądu, a przekazywać neutralną wiedzę, z której każdy może wyciągnąć wnioski, zostaje uznany za atak na chrześcijan. Ale dla francuzów to oczywiste, że każdy może mieć swoją opinię.


Takich przykładów opisujących "prześladowanie chrześcijan" jest kilka. Polecam wszystkim cały artykuł. Wszystkim tym, którzy są w stanie zrozumieć, że kiedy jest się na publicznym stanowisku, osobiste poglądy odchodzą w kąt, a w ich miejsce pojawia się tolerancja i poszanowanie zdania innych.


Przy okazji:


"Pod naciskiem niemieckiej opinii publicznej Krk będzie musiał wypłacić odszkodowania sięgające 50 tys. euro ofiarom eksploatacji seksualnej ze strony kleru. Dotąd zgłosiło się aż 30 tys. osób poszkodowanych w ostatnich dziesięcioleciach - w wieku od 6 (sic!) do 89 lat. Rząd powołał specjalnego pełnomocnika, który ma koordynować pomoc dla ofiar Kościoła. W Irlandii natomiast rząd zdecydował się prowadzić śledztwo w sprawie słynnych pralni kościelnych, [który katolik o tym słyszał w Polsce?] w których przetrzymywano kobiety uznane za niemoralne. Proceder trwał przez dziesięciolecia (do 1996 roku!), a zaangażowany był w tę formę "resocjalizacji" rząd i Kościół, zwłaszcza zakony żeńskie. Więziono w nich ok. 30 tys. kobiet. " (cytat z FiM)
Ten sam Kościół, te same zasady działania i te same reguły. Co za tym idzie podobne przestępstwa w różnych krajach. Że też ludziom nie wstyd, że uczestniczą w życiu takiego Kościoła, popierają go bezkrytycznie i, co najgorsze, nic o tym nie wiedzą. 30 tys. ofiar w samych Niemczech. To mówi samo za siebie. Straszne i przykre, żałosne i godne potępienia. Tylko, że w takim kraju jak Polska się o tym nie mówi. A szkoda, bo może wtedy tak jak w Niemczech, ludzie płonąc ze wstydu pobiegliby wypisać się z Kościoła (lawinowo to nastąpiło po wybuchu skandalu w Niemczech).


 


Kto chce doczytać Czerwonego Elvisa do końca: arabesky.org.ua/pl/elvis.doc Polecam gorąco.


Teledysk, który mnie zachwycił:





Matka Teresa i Elvis w Caritasie 2011-07-01

No to zacznijmy od matki Teresy, powszechnie uważanej za świętą, której nie godzi się krytykować. Ja natomiast uważam, że się godzi. Na początek:


fakty.interia.pl


Fragmenty rozmowy o Matce Teresie z Hitchensem.


FI: Podkreśla Pan, że choć Matka Teresa otwarcie przyznaje się, że jej głównym celem jest krzewienie katolicyzmu, cieszy się ona reputacją świętej wśród wielu niekatolików, a nawet ateistów. Reputacja ta opiera się na jej pracy charytatywnej dla chorych i umierających w Kalkucie. Co właściwie ona tam robi? Jak wyglądają prowadzone przez nią ośrodki?


HITCHENS: Prowadzone przez nią schroniska są wręcz groteskowo prymitywne: nie korzysta się tam z żadnych zdobyczy nauki, a postępowanie wobec chorych nie spełnia nawet minimalnych standardów medycznych. Ukazało się zresztą na ten temat kilka artykułów (zebrałem zresztą następne od momentu gdy ukazała się moja książka). Ich autorzy zarzucają Matce Teresie okrucieństwo i prymitywizm w sposobie traktowania trędowatych i umierających na inne choroby. Potępiają ją przede wszystkim za to, że odmawia cierpiącym leczenia, a nawet podawania środków przeciwbólowych. Słusznie mówi się, że Matka Teresa zajmuje się doglądaniem umierających, gdyż jeżeli ktoś nie jest umierający, to ona właściwie nie ma mu nic do zaoferowania.
Jest to interesujące z dwóch powodów - po pierwsze ona twierdzi, że zapewnia ludziom tylko katolicką śmierć, a po drugie ze względu na olbrzymie sumy podarowane zakonowi. Nie mieliśmy możliwości tego sprawdzić - nikt nigdy nie żądał rozliczenia czy oszacowania tego, jak wielkie sumy przekazano na rzecz prowadzonej przez nią instytucji. Z takimi pieniędzmi mogła wybudować w Kalkucie przynajmniej jeden nowoczesny szpital, nie zauważając nawet kosztów tej inwestycji. Ośrodki, które prowadzi się obecnie, są dokładnie tak samo prymitywne jak były wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszał o niej świat. Tak więc pieniądze na pewno nie idą na te cele.


Polecam przeczytanie całego wywiadu [tutaj].


Dosyć  ładnie opracowana krytyka matki Teresy: http://neurotomania.blog.pl/matka-teresa,11360913,n


Wystarczy aby stwierdzić, że nie jest to osoba nieskazitelna.


Caritas. Muszę przyznać się raz jeszcze do błędu. Caritas przedstawia raporty z działalności. Ale...
1. http://www.pardon.pl/artykul/10838/caritas_wzajemnej_pomocy_babcie_daly_im_dom_a_oni


2. http://www.mafiapress.pl/d_1518.html


3. http://fakty.interia.pl/prasa/wprost/news/wprost-abp-wielgus-tolerowal-afery-w-caritasie,878023


Lub: http://www.plocek.pl/pl,84,234,grubsza-afera-w-caritas--ciag-dalszy,,news,2544,,82,plock


Szczególnie przez pkt 2 nie wspieram i nie popieram caritasu. Artykułów znalazło by się więcej, ale nie chce mi się szukać po prawdzie. To wszystko jest do znalezienia. Nie popieram też dlatego, że jest to organizacja, która poprzez swoje silne powiązanie z Kościołem wywiera wpływ na podopiecznych. Nakłania do wspólnych modlitw i wiary (w przeciwieństwie do organizacji świeckich i publicznych). A bywa i tak, że wiara jest hmmm... produktem na wymianę za pomoc.


No i wracamy do Elvisa... kolejna część:


Ale stop. To o czym oni mówią, ma swoją drugą stronę. Popatrz – widzisz go? To menedżer. Ma trzydzieści lat. Nie ma perspektyw w tym biznesie i ma problemy z samoidentyfikacją. Inaczej mówiąc, jest gejem, rozumiesz, to pedał, powtórz, no dawaj, powtarzaj – pe-dał, dobrze. Dawaj jeszcze raz, kto to? To menedżer. Tak, ale przede wszystkim, kto to jest? Pe-dał. Głośniej! Pedał. Jeszcze głośniej!!! Pedał! To pedał! To menedżer-pedał! Wszyscy menedżerowie to pedały! I wszyscy agenci reklamowi to też pedały! Pedały i sukinsyny, dodajmy od siebie! Tak, pedały i sukinsyny. Wszyscy menedżerowie i agenci reklamowi – to pedały i sukinsyny! Nie mówiąc już o urzędnikach miejskich!
Zuch z ciebie. To się właśnie nazywa samoorganizacja.

Po drugie. Każda porządna gospodyni domowa powinna pamiętać o solidarności. Solidarność. Powtórz! So-li-dar-ność! Dobrze, solidarność! Kto jest twoim wrogiem? Pedały i sukinsyny! Dobrze, do tego jeszcze urzędnicy miejscy. Kto jest twoim przyjacielem? Nie wiesz? Nie wiesz, kim są twoi przyjaciele? Każda porządna gospodyni domowa solidaryzuje się z kolektywami pracowniczymi kołchozów, sowchozów, gospodarstw eksperymentalnych, a również z pracownikami przemysłu ciężkiego i maszynowego. Powtórz! Maszynowy. Tak, maszynowy. Każda gospodyni domowa, aktywnie włączona w walkę, odczuwa bratnie ramię pracowników przemysłu ciężkiego. I gospodarstw eksperymentalnych. Tak, dobrze – gospodarstw eksperymentalnych. Pokonanie twojej izolacji społecznej jest bezpośrednio związane z solidarnością z kolektywami pracowniczymi gospodarstw eksperymentalnych. Rozumiesz? Tak. I oni to rozumieją, te sukinsyny, oni też doskonale to rozumieją. Dlatego cała ich działalność skierowana jest przeciwko przemysłowi ciężkiemu, a szczególnie maszynowemu. Menedżerowie cię kontrolują, czujesz to? Czuję. Co czujesz? Menedżerowie mnie kontrolują. Kontrolują moje uczynki, moje opłaty, moje finanse, kontrolują mój seks. Jaki twój seks? Jesteś samotną ciężarną gospodynią domową! OK. seksu nie kontrolują, kontrolują moje kanały finansowe, moje inwestycje, moje podatki, moje opłaty komunalne, moją izolację społeczną, mój udział w walce, moją solidarność ze wszystkimi pracownikami przemysłu ciężkiego i wszystkimi pracownikami przemysłu maszynowego, kontrolują moje rozmowy telefoniczne, moje odżywianie, moje samopoczucie, moje zdrowie, moje trankwilizatory, moje marzenia senne, moje zapisy w pamiętniku, moją ciążę. Słusznie – kontrolują twoją ciążę. Kto kontroluje twoją ciążę? Sukinsyny. Słusznie, kim oni są? Menedżerowie. A poza tym? Agenci reklamowi i urzędnicy miejscy. Właśnie tak miejscy. A po co im moja ciąża? (...)

Tym razem jakiś weselszy kawałek:





e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]